© 2019 SIW Znak Sp. z o.o.

fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / NAC, R. Kaźmierczak

Projekt tworzony z okazji 60-lecia

Wydawnictwa Znak i inspirowany

30. rocznicą przemian ustrojowych w Polsce

Krótka historia gospodarcza PRL

Jerzy Kochanowski

 

II wojna światowa była, co oczywiste, kataklizmem, który przyniósł niewyobrażalne straty demograficzne i materialne. Ale przyniosła też radykalizację społeczeństw, dla których powrót do realiów przedwojennych, także tych gospodarczych, nie wchodził w rachubę.

Polska nie była w tym względzie wyjątkiem, więc politycy wszystkich opcji zapowiadali głębokie reformy. Prolondyńska Rada Jedności Narodowej

w deklaracji z 15 marca 1944 r. zapowiadała radykalną przebudowę struktury społeczno-ekonomicznej, łącznie z upaństwowieniem „kluczowych przemysłów”. Paradoksalnie manifest PKWN z 22 lipca 1944 r. był pod względem ekonomii bardziej liberalny. Nie wspominał o powszechnej nacjonalizacji rolnictwa i przemysłu, raczej o popieraniu przedsiębiorstw prywatnych i spółdzielczych. Znaczenie nie tyle gospodarcze, ile propagandowe miał dekret

o reformie rolnej z września 1944 r. Do  roku 1949 w ręce chłopskie przeszło 6 mln ha ziemi, ale powiększono tylko ok. 500 tys. gospodarstw, tworząc 814 tys. nowych, najczęściej małych i drobnotowarowych, czyli dostarczających tylko niewielka część produkcji na rynek. Negatywne skutki ekonomiczne tej decyzji odczuwamy do dziś.

 

Nacjonalizacja

W styczniu 1946 r. znacjonalizowano zakłady zatrudniające więcej niż 50 pracowników na jedną zmianę. W dalszym ciągu liczono się jednak z utrzymaniem „kapitalizmu państwowego” i sektora prywatnego (handel, usługi, drobna wytwórczość). Polska zgłosiła także akces do planu Marshalla (amerykańskiego planu odbudowy gospodarek po katastrofie II wojny światowej), kiedy jednak w lipcu 1947 r. ZSRR odrzucił ten plan, identycznie uczyniły też państwa satelickie, których gospodarki zaczęły się coraz bardziej upodabniać do radzieckiego wzoru.

Kolejnym krokiem władz była rozpoczęta w połowie 1947 r. tzw. bitwa o handel, w ramach której do połowy lat 50. praktycznie wyeliminowano sektor prywatny. O ile w 1948 r. było ok. 135 tys. prywatnych sklepów i prawie 14 tys. zakładów gastronomicznych, o tyle w roku 1956 – 11 tys. i 290! Spółdzielczość pozostała takową tylko z nazwy, niewiele różniąc się od instytucji państwowych.

Podczas wojny koreańskiej (1950–1953) Stalin zmusił podległe mu państwa satelickie do przesunięcia nakładów gospodarczych na przemysł ciężki, zwłaszcza zbrojeniowy, oczywiście kosztem produkcji rynkowej i obniżenia poziomu życia społeczeństwa. W Polsce w latach 1950–55 płace realne spadły o 42%, a produkcja rolna o 37%. Przyspieszono, często z wykorzystaniem brutalnych represji, proces kolektywizacji prywatnego rolnictwa, będącego solą w oku komunistycznych władz. Wyniki były mierne: w 1955 r. spółdzielnie użytkowały jedynie 9% ziemi,  Państwowe Gospodarstwa Rolne 13,5%, a ich wydajność była bardzo słaba .

 

Kryzysy i nieudane próby reform

Nic dziwi więc skala społecznego buntu w 1956 r. (np. w Poznaniu 28 czerwca), jak i zmian inicjowanych w latach 1956–1957 przez ekipę Władysława Gomułki. Nie ulega wątpliwości, że (po)październikowa odwilż stała się pod względem gospodarczym i społecznym zwrotem porównywalnym chyba tylko

z rokiem 1989 i rozpoczętą wówczas transformacją ustrojową.  Do końca 1956 r. z ok. 10 tys. spółdzielni rolniczych rozwiązało się ok. 8,5 tys. Przestano szykanować indywidualnych chłopów, zmniejszono też dostawy obowiązkowe (zniesione dopiero w 1972 r.!). W przemyśle zaczęto wspierać produkcję rynkową, zwiększono samodzielność przedsiębiorstw, na jakiś czas dopuszczono załogi do zarządzania (Rady Robotnicze). Błyskawicznie odżyły tysiące prywatnych sklepików, warsztatów, knajp czy fabryczek. Sektor prywatny, mimo późniejszych utrudnień, przetrwał, bowiem kupcy czy rzemieślnicy nie tylko łagodzili niedobory, ale również stawali się niezbędni, produkując dla wielkich zakładów państwowych. Nic też dziwnego, że władze z rzadka interesowały się nieformalnymi z zasady źródłami zaopatrzenia rzemiosła.

Od końca lat 50. ekipa Gomułki coraz bardziej odchodziła od produkcji na rynek, koncentrując się na przemyśle ciężkim i wydobywczym (węgiel, siarka, miedź). Dzięki temu Polska stała się latach 60. (statystycznie) dziesiątą potęgą przemysłową świata, w rzeczywistości jednak taka polityka uwsteczniła gospodarkę. Zaniechano modernizacji przemysłu, podupadło budownictwo mieszkaniowe i produkcja konsumpcyjna. W końcu lat 60. podjęto próbę reform, m.in. przestawienia się na bardziej zaawansowane technologie. Podwyżka cen w grudniu 1970 r., będąca elementem pakietu reform doprowadziła jednak do krwawych wydarzeń na Wybrzeżu i objęcia władzy przez ekipę Edwarda Gierka. Nowy I Sekretarz próbował udowodnić, że możliwy jest socjalizm ze znacznie grubszym portfelem (do 1975 r. płace realne wzrosły o 51,5%). Dzięki prefabrykacji starano się przyspieszyć budowę mieszkań, większych i lepiej wyposażonych (lodówki, telewizory, pralki). Między rokiem 1970 a 1979 liczba prywatnych samochodów wzrosła z 453 tys. do ponad 2 mln, w niemałej mierze dzięki licencji na produkcję fiata 126, które pojawiły się na ulicach po 1973 r.. Jednak wyższy standard życia zawdzięczano głównie zagranicznym kredytom (w 1975 r. wynoszącym ok. 8 mld, w 1980 r. już ponad 24 mld dolarów!), z których dużą część przeznaczano na konsumpcję, a nie na unowocześnianie gospodarki, co w połączeniu z ogólnoświatową  recesją po kryzysie naftowym z lat 1973–74 wkrótce spowodowało załamanie. „Pupilem” władz pozostawał jednak przemysł ciężki (np. uruchomiona w grudniu 1976 r. Huta Katowice). Dla przemysłu lekkiego czy rolnictwa nie starczało już środków, co szybko doprowadziło do pogorszenia zaopatrzenia, frustrując społeczeństwo. Prób regulacji rynku przez podwyżki zaniechano po wystąpieniach robotniczych w czerwcu 1976 r. (m.in. w Radomiu i  Ursusie). „Zima stulecia”, która na przełomie lat 1978–79 sparaliżowała znaczną część kraju, obnażyła słabość nie tylko gospodarki, ale całego państwa. Tak usilnie propagowana nowoczesność Polski Gierka okazała się fasadą. Nie bez powodu krążyło wtedy powiedzenie:  „nie potrzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”.

Problemy gospodarcze stanowiły jedną z zasadniczych przyczyn upadku zarówno Gomułki, jak i Gierka, jednak tym razem zmiana władzy nie kojarzyła się z poprawą. W 1980 r. produkcja spadła o 4,5%, w roku 1981 już o 15%. Przy znacznym wzroście dochodów (m.in. dzięki podwyżkom po strajkach w lecie 1980 r.), w 1981 r. na sklepowych półkach gościł (też zresztą do czasu) wyłącznie ocet, a reglamentacją objęto dużą część towarów (mięso do 1989 r.!). Jednocześnie istnienie w latach 1980–81 praktycznie legalnej opozycji, żądającej głębokich reform gospodarczych, podzieliło również władze: na reformatorów, postulujących daleko idące przeobrażenia strukturalne i konserwatystów, preferujących kosmetyczne zmiany. Dzięki wprowadzeniu w grudniu 1981 r. stanu wojennego na kilka lat zwyciężyła druga opcja. Pogarszająca się na przełomie lat 1987–1988 r. sytuacja gospodarcza i wzrost cen doprowadziły wiosną 1988 r. do fali strajków, skłaniając rząd Mieczysława Rakowskiego do podjęcia zaawansowanych – choć nadal w „socjalistycznych” ramach – reform gospodarczych. Ustawa o działalności gospodarczej (z grudnia 1988 r.; tzw. ustawa Wilczka), dopuszczająca w gospodarce wszystko, „co nie jest zabronione” doprowadziła do powstania w ciągu kilkunastu miesięcy ok. 2 mln małych i średnich firm.

 

Transformacja i spadek po PRL-u

Były to jednak działania raczej homeopatyczne, skutecznej – choć bolesnej – terapii podjął się dopiero Leszek Balcerowicz, wicepremier w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Zostały urealnione ceny, rozpoczęto reformę bankowości, zaostrzono kontrolę płac (tzw. popiwek), ustabilizowano kurs dolara. Zapełniły się półki, zmniejszyła inflacja (z 351% w 1989 r. do 60,4% w 1991 r. i 8,6% w roku 1998), zwiększył import, zaczęły napływać kapitały zagraniczne. Ale koszty tej „terapii szokowej” były niemałe: obniżenie stopy życiowej, wzrost bezrobocia, tęsknota za „opiekuńczą” PRL. Skłoniło to kolejne rządy do spowolnienia tempa reform gospodarki, która jednak szybko zdrowiała. W takim stopniu, że Polska została już w 2004 r. przyjęta do Unii Europejskiej, a cztery lata później nadspodziewanie dobrze poradziła sobie z ogólnoświatowym kryzysem.

Można się oczywiście zastanawiać, w jakim stopniu jest to zasługą zaradności ekonomicznej, którą polskie społeczeństwo wyniosło z niezłej, choć mało oficjalnej peerelowskiej szkoły. Nawet stalinizm nie był bowiem w stanie zdusić ducha przedsiębiorczości, kiedy zaś w 1956 r. wypuszczono go z butelki, nie dał się z powrotem do niej wtłoczyć. Tym bardziej, że władze, które, z jednej strony, zdawały sobie sprawę z nieuchronności niedoborów, typowych dla gospodarki socjalistycznej, z drugiej zaś, zmuszone do zaspokajania przynajmniej części rozbudzonych oczekiwań konsumpcyjnych, nieraz przymykały oczy na społeczną kreatywność lub ją wręcz wspomagały. Powodem przyzwolenia Polakom w 1956 r. na posiadanie dewiz była w niemałej mierze nadzieja na ich pozyskanie. Przez palce patrzono więc na dolary zarabiane za granicą na nielegalnym handlu lub pracy, pod warunkiem wpłacania ich do państwowych banków. Im bardziej zaś słabła gospodarka i rosła inflacja, tym obywatele chętniej oszczędzali w twardych walutach (w 1988 r. oszczędności w dewizach były trzykrotnie wyższe niż w złotówkach). Pozyskiwaniu walut służyły także sklepy dewizowe, zwłaszcza budowana od 1974 r. sieć PEWEX-ów, gdzie wbrew powszechnym opiniom większość obrotu generowały polskie towary (samochody, alkohol).

Handlarze walutą (tzw. cinkciarze) byli przez cały okres PRL tak samo nieodłącznym elementem krajobrazu społecznego, ekonomicznego czy wręcz kulturowego, jak tzw. baby z cielęciną, zaopatrujące w mięso polskie miasta. Szacuje się, że w „kartkowych” latach 80. nawet połowa mięsa była dystrybuowana nieoficjalnymi kanałami, z których chętnie korzystali funkcjonariusze partyjni. Państwowe fabryki, budowy czy firmy transportowe były źródłami surowców, materiałów budowlanych czy paliw dla prywatnych odbiorców. W socjalistycznej gospodarce niedoboru każdy starał się posiadać coś na wymianę: towary, usługi, przywileje, informacje czy znajomości. Społeczeństwo rozwinęło więc system nieformalnych relacji, sieci powiązań i drobiazgową etykietę „załatwiania”. Nic dziwnego, że według PRL-wskiego dowcipu najgorszą z możliwych kar były „dwa lata bez znajomości”. Można nieraz odnieść wrażenie, że ten spadek po PRL jest w obecnej Polsce, zwłaszcza gminnej i powiatowej – powszechny.

Jerzy Kochanowski – prof. dr hab., historyk specjalizujący się w najnowszych dziejach Polski, pracuje na UW, wydał m.in.: Tylnymi drzwiami: „Czarny rynek” w Polsce 1944–1989 (2010 i 2015) oraz Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956–57 (2017)